minut. Sprawą zajęli się policjanci sekcji kryminalnej. Pół godziny później w ich rękach był już obywatel Somalii. Miał przy sobie potwierdzenie rezerwacji oraz kartę pokładową. W jego bagażu podręcznym funkcjonariusze odkryli w zaszytej pod podszewką kieszonce szwedzki paszport oraz kartę podróży. Chciałbym kupić na terenie Szwecji kawałek ziemi. wlod.ros CHOJNICE Wpisów: 2 Od: 2009-03-23: 2011-02-07 14:07. 15 sierpnia 2023. Trudna wolność słowa dla idiotów. Kto w Szwecji pali Koran i czy powinno się tego zakazać. Może od tego zależeć wejście Szwecji do NATO. Groźba zamachów terrorystycznych rośnie. A Szwecja debatuje, co będzie gorsze – to, czy naruszenie najświętszej wolności wypowiedzi i prawa do bluźnierstwa. Spirydon z Tremituntu, gr. Σπυρίδων Τριμυθούντος (ur. ok. 270 w Askii, zm. 348 w Tremituncie) – biskup, święty Kościoła katolickiego i prawosławnego . Urodził się w rodzinie rolniczej około roku 270 w Askii na Cyprze. Gdy dorósł, zawarł związek małżeński, z którego narodziła się córka Irena. Podczas W Grecji pija się kawę grecką i jest ona bardzo podobna do tej znanej z Turcji. Właściwie kawa grecka i turecka to to samo. I to nie przypadek. Wiele tutejszych potraw czy słodyczy pochodzi właśnie z Turcji. Wynika to z okresu tureckiej okupacji i wpływów jakie wywarła kultura turecka na Grecję. Nie musimy chyba dodawać, że powiedzenie w Grecji na głos, że kawa grecka to tak lirik maula ya sholli wasallim daiman abada nurul musthofa. Aby dotrzeć w ten odległy kawałek Niemiec, trzeba jechać autem od 9 do 11 godzin. Podróż pociągiem zajmuje około 15 godzin, zaś autobusem około 12 godzin. Błogosławieństwem był więc godzinny lot z Krakowa do Hamburga, podobnie jak ten z Krakowa do Szczecina trzy lata temu. Potem jedynie trzy godziny pociągiem i człowiek jest na miejscu, w Rostock, nad niemieckim Bałtykiem, u siostry i szwagra. Nie wiem, czy znam kogokolwiek, kto nie jest naszym wspólnym znajomym, kto w to miejsce dotarł albo o nim słyszał. I dlatego chciałem o tym miejscu opowiedzieć. W Polsce oczy szczypią. To syndrom o którym pisał Filip Springer w „Wannie z kolumnadą”. Bolą od nadmiaru reklam wszelkiej maści, od chaosu architektoniczno-krajobrazowego. Szczególnie bolą zaś nad polskim morzem, tak bardzo ukochanym przez nas wszystkich. Jakkolwiek nieprzewidywalna byłaby bowiem pogoda nad naszym wybrzeżem, Polak ma sentyment, Polak ma potrzebę. Być nad Bałtykiem choć raz w roku to dla wielu luksus, dla niektórych to sentyment. Dla mnie Morze Bałtyckie jest sentymentalne na wskroś, piękne na swój sposób, bogate, bo przytulone do tylu krajów o różnej historii i kulturze. Być nad Bałtykiem to rzecz miła, nie musi to być Bałtyk nasz, może być obcy, jak rok temu w Szwecji, albo jak przed chwilą, w Niemczech Wschodnich. Purysta geograficzny poprawi mnie i przypomni, że to raczej Niemcy północne, ale nie, dla mnie to nie północ, chłodna i purytańska. Północ to może być norweska albo szwedzka, no może jeszcze fińska. To tutaj to Wschód na wskroś oswojony, bo jeszcze niedawno socjalistyczny. Ten, kto świadom historycznych uwarunkowań, wybierze się w te okolice, stwierdzi, że Niemcy to kraina swojska. Jeśli zaś pojedzie potem do Szwabii czy Bawarii nie uwierzy, że wciąż przebywa w tym samym kraju. Dlatego właśnie lubię tą wschodnią, acz północną półkulę Niemiec. Do Rostock, po trzyletniej przerwie, przyciągnął mnie ślub mojej drogiej siostry, rzecz, jak widać, niezwykle prywatna. Zastanawiałem się więc, czy oprócz mnie, oprócz rodzin innych Polaków tam mieszkających, ktoś tam jeszcze naprawdę dociera? Okazuje się, że owszem, docierają tam narody całego świata, i niekoniecznie mowa tutaj o emigrantach politycznych, czy zarobkowych. Rostock,wraz ze swoją malowniczą portową częścią w Warnemünde, to jeden z głównych portów, do których zawijają gigantyczna wycieczkowce a także promy pływające non stop między Meklemburgią a Szwecją, Danią, Norwegią i pozostałymi krajami w basenie Bałtyku. Dla tych, którzy przypadkiem lub przejazdem, przemierzać będą Meklemburgię, postanowiłem napisać ten tekst. Historia tego miejsca sięga daleko. Jedno z miast Hanzy, potężnej organizacji handlowej portowych miast północnej Europu. Jednak w tej nowszej historii, za czasów Rzeszy, umiejscowiono tam potężny przemysł, część machiny wojennej, która produkowała samoloty Heinkel. Rostock, posiadając ogromne zakłady produkcyjne tej firmy, stał się jednym z głównych celów alianckich bombardowań, które obróciły to miejsce w proch. Nie miało ono wielkiego szczęścia jeśli chodzi o odbudowę. Będąc częścią Niemieckiej Republiki Demokratycznej, stało się wielkim placem budowy, gdzie oprócz zabytkowej starówki, odbudowanej tylko częściowo, swój dom znalazła cała masa socjalistycznych perełek. Mimo to, nie jest to miejsce brzydkie i bezpłciowe, wręcz przeciwnie, Rostock i okolice potrafią zachwycić i sprawić, że człowiek naprawdę odpocznie, a może nawet umrze. Ale o umieraniu potem. Rostock to największe miasto Meklemburgii z jednym z najstarszych, założonym w 1419 roku, uniwersytetów na świecie. Warto wpaść na chwilę na stare miasto, w okolice Neuer Markt. Ostało się tam sześć budynku w stylu Hanzy, resztę odbudowano po wojnie w uproszczonym stylu. Położony tuż obok rynku kościół Mariacki to jeden z symboli miasta, do którego warto wejść choćby tylko po to, by zobaczyć astronomiczny zegar Hansa Düringera. Z tych okolic większość odwiedzających miasto rusza w spacer po głównej handlowo-turystycznej ulicy miasta – Kröpeliner Straße. Dochodząc do mniej więcej połowy tej ulicy, na placu uniwersyteckim, warto skręcić lekko w lewo i odpocząć z dala od tłumów w uroczym zaułku tuż za najstarszym kościołem miaste – Nikolaikirche. Jednak dla mnie zupełnie inna, najdalsza i najbardziej północna część Rostocku, stanowi jego największą atrakcję. Do tego miejsca przyjeżdża się, aby umrzeć – powiedział do Madzi młody chłopak z Lipska siedzący obok nas w przyjemnej restauracji na uboczu Warnemünde, kurortu na północnym krańcu miasta. Rzeczywiście, ludzie w naszym wieku stanowią tam swoiste, bardzo dziwne, odstępstwo od reguły. A regułą jest widok niemieckiego emeryta, przeplatany czasem przybyszami ze statku, którzy port w Warnemünde znają jako bramę do oddalonego o 2-3 godziny drogi Berlina. Gdzie możemy wrzucić kartki do skrzynki pocztowej? – pytamy panią w księgarni – Po drodze do statku jest skrzynka – odpowiada. Ale my nie ze statku – odpowiadamy obserwując zdziwioną minę i uśmiech – Przepraszam, tutaj wszyscy są ze statku. Skrzynka jest koło kościoła, zaraz za rogiem – wskazuje sprzedawczyni. Warnemünde jest moją ulubioną częścią Rostock. Świetnie połączona z centrum miasta kolejką (Sbahn) oraz szeroką autostradą miejską, którą ciągnie sznur samochodów w każdy letni weekend. Ta, mająca niewiele ponad osiem tysięcy mieszkańców, osada, stała się kurortem dosyć nagle i niedawno, gdy w XIX wieku z wioski rybackiej, przeistoczyła się w miejsce wypoczynku. Zamykając za sobą rozdział stoczniowy, zaprzestając koncentracji na gospodarce produkcyjnej, Warnemünde skierowało się ku turystyce. Ściągając do swojego portu wielkie firmy wycieczkowe, stało się najważniejszym portem Niemiec jeśli chodzi o statki pasażerskie. Ważniejszym, choć skoncentrowanym na towarach, jest tylko Hamburg. Przyjeżdżając do tego miejsca kolejką, niejako naturalnie, za tłumem, przekraczając jedynie mały mostek nad starym ujściem rzeki Warnow, wkracza się na urokliwą portową alejkę am Strand. Większość przyjezdnych po przejściu mostu skręci w prawo, podąży wzdłuż sklepów w kierunku latarni i miejskiej plaży, jednak jeśli na chwile poskromić naturalną miłość do wody i piasku i skręcić w lewo, trafia się na urocze uliczki najstarszej części Warnemünde. To zaledwie kilkadziesiąt metrów, a zdają się one skutecznie ukryte przed tabunami turystów. Spacerowaliśmy po nich z tatą Johannesa i za każdym razem śmiał się na myśl, jak malutkim miejscem była ta miejscowość jeszcze kilkadziesiąt lat wstecz – Wchodzimy w tą uliczkę, idziemy do końca, o tam. Właśnie tam kończyło się kiedyś Warnemünde. Cisza i spokój chyba najbardziej oddają istotę tego miejsca. Absolutnie nikt się tu nie spieszy, nie ma nachalnej obwoźnej sprzedaży, jest stylowo, czysto, na wskroś niemiecko. Choć nie aż tak jak na południu, gdyż ciągle należy pamiętać, że to byłe Niemcy Wschodnie! Większość spaceruje więc po ulicy am Strom, jednak to, co najładniejsze, najbardziej urocze i spokojne, schowane jest dokładnie równolegle do am Strom, za budynkami, na Alexandrinenstrasse. Nie ma znaczenia, gdzie człowiek pójdzie, prędzej czy później trafi na plaży. Plaża miejska w Warnemünde to miejsce niezwykle przyjemne. Przez całe lata istnienia Niemiec Wschodnich, wszystkie plaże w tej części Bundesrepubliki, były plażami dla nudystów. W zasadzie każdy Niemiec i Niemka z północy to nudysta, gdyż ci wyluzowani, otwarci na świat ludzie, nie czują skrępowania faktem, że wszystko widać. Nie ma tej naszej wstydliwości i bogobojności, która nakazuje nam odpowiedni ubiór. To właśnie z naszego powodu, z powodu tych wszystkich bogobojnych nacji przybywających do Rostock, na głównej plaży miejskiej zarządzono, iż należy wypoczywać, kąpać się i opalać jedynie w stroju kąpielowym. Wszystkie pozostałe plaże to miejsca, gdzie bez problemu można rozłożyć się jak nas Pan Bóg stworzył. Ale chyba to, co najbardziej zwróciło moją uwagę w tym sezonie letnim to brak czegoś bardzo charakterystycznego dla Polski… parawanów. Nikt tu nie przychodzi o piątej rano, by zajęć (zagrodzić) swoje miejsce. Nikomu nie przeszkadza obecność innych. W ciągu dnia na plaży leżą turyści, popołudniu przychodzą na nią mieszkańcy. Około szóstej-siódmej nie ma już praktycznie nikogo, pozostaje cisza i szum fal. Jednym z symboli tego miejsca jest najstarsza latarnia zbudowana w 1897 roku. Warto wejść na jej szczyt (2 euro) dla wspaniałego widoku okolicy. Tuż obok znajduje się z kolei jeden z przykładów socjalistycznej architektury – Teepot. Zbudowany w stylu Bauhaus przed wojną, potem zburzony przez nazistów i odbudowany w latach 60. ubiegłego wieku, dziś jest domem dla wielu nadmorskich restauracji. Drugi najlepszy widok na okolicę znajdziemy w charakterystycznym, najwyższym budynku w okolicy. Hotel Neptun i Sky Bar na osiemnastym piętrze to absolutna i totalna geriatria, gdzie nawet poziom klimatyzacji ustawiony jest pod przebywających w hotelu staruszków na niemieckich emeryturach (nikogo innego nie stać na to miejsce), a jednak serwuje się tam przepyszne kawy i ciasta, które w tych okolicznościach przyrody smakują po prostu niebiańsko. Przed powrotem do centrum Rostock, warto przejść przez mostek łączący am Strom ze stacją kolei, skierować się dalej przez ciasny tunel, przez który, jak mówił tata Johannesa, przechodzą ludzie całego świata, by potem skręcić w kierunku przystani, gdzie cumują gigantyczne wycieczkowce. Stamtąd odpływa prom (1,5 euro), który zabierze nas na drugą stronę, do miejsca, gdzie nie spaceruje już prawie nikt. Idąc wzdłuż falochronów prowadzących do czerwonej latarni przy wyjściu z portu, można poddać się totalnemu relaksowi i ciszy panującej wokół. Nad morzem można spędzić cały dzień, robiąc coś, albo kompletnie nic nie robiąc, wedle uznania. Przyjdzie jednak moment, gdy człowiek wróci do miasta. Zanim dotrze do ścisłego centrum starego miasta w Rostock, warto zatrzymać się po drodze przy jeziorze łabędzim, gdzie nad samą wodą ulokowano największy w Meklemburgii obiekt przeznaczony dla sztuki nowoczesnej – Kunsthalle, jedyne nowe muzeum zbudowane w Niemczech Wschodnich. Na zakończenie dnia w Rostock, polecam zaś kajaki w centrum miasta. Urokiem tego miejsca jest bowiem jego niezwykle bliski kontakt z naturą. Od plaż, przez rzeki i jeziora, po majestatyczne wydmy i dzikie plaże, wszystko w zasięgu ręki. Na kajaki nie trzeba nawet wyjeżdżać z centrum miasta. Rostock to naprawdę przyjemne miejsce. Na wakacje, urlop, albo chociażby weekend. A Wy, macie jakieś takie małe i niekoniecznie znane miejsca w Niemczech, do których warto wpaść? Praktycznie: Dla osób z Krakowa najłatwiejszym (i często bardzo tanim) środkiem transportu jest Easyjet z Krk do Hamburga. Dla innych regionów Polski dojazd do Szczecina i pociąg Szczecin – Rostock Z Hamburga, zakładając lot z Krakowa, przejazd na Mecklemburg-Vorpommern Karte (kupowana w czerwonych automatach Deutsche Bahn uprawniająca do przejazdów wieloma środkami komunikacji i pociągami Regional) W Rostock najlepiej przemieszczać się na karcie dziennej – Tagesskarte za 4,5 euro W latach 1655-1660 znaczna część Polski znajdywała się pod szwedzką okupacją. Jej ziemie zamierzano wykorzystać między innymi w celu gospodarczego wspierania machiny wojennej Karola Gustawa. Ale nie tylko. Pomagały także… w modernizacji samej Szwecji. Za morze wywożono bowiem mnóstwo zrabowanych przedmiotów. W książce „Uratowane z Potopu„ opowiadają o tym Marcin Jamkowski oraz Hubert Kowalski: Całe flotylle mijały kamienne rafy koło Cytadeli i mknęły dalej. Konwoje płynęły przez Toruń i Malbork, by dotrzeć do Elbląga. A jeśli pogoda pozwalała, to i dalej – do Piławy. Tam szwedzkie zdobycze były przeładowywane na pełnomorskie żaglowce. Pod pokłady trafiały dzieła sztuki, broń, stroje i przedmioty codziennego użytku. Księgi były wcześniej pakowane do beczek, które rzemieślnicy uszczelniali smołą. Na nich szczególnie zależało Szwedom. Wszystkie te skradzione dobra przyczyniły się do rozwoju kultury i życia intelektualnego za morzem. A sama Rzeczpospolita w wyniku Potopu zaczęła staczać się coraz bardziej ku zagładzie. publiczna W trakcie Potopu Szwedzi wywozili z Polski dosłownie wszystko. Teraz część ze zrabowanych przedmiotów zdobi muzealne wystawy. Na ilustracji obraz Józefa Brandta „Pochód Szwedów do Kiejdan”. „Polonicasamlingen”z zamku Skokloster Polskie „ślady” do dziś można spotkać w wielu miejscach w Szwecji. Na wyjątkowo niezwykłe natrafili w czasie zwiedzania zamku Skokloster Marcin Jamkowski i Hubert Kowalski. Całą historię opisali w książce „Uratowane z Potopu”. Po tym przepięknym zabytku oprowadzał ich dyrektor mieszczącego się tam muzeum. Nagle ich wzrok przykuła podłoga w jednej z sal: Marcin patrzy pod nogi i staje jak wryty. Z trudem łapie oddech. Klęka. Gładzi ręką lśniący kawałek czarnego kamienia i mierzy go palcami. Zagląda do sąsiedniego pomieszczenia – tam na podłodze są już tylko zwykłe drewniane deski. Wszyscy wpatrują się w niego zdziwieni, najbardziej dyrektor Bengt Kylsberg. – Dlaczego w sąsiedniej sali jest inna podłoga? – pyta go Marcin. – Inna? – Tu marmury, a tam deski. Zabrakło kamienia? – A wie pan co, jeszcze nikt nigdy nie zadał takiego pytania. Chyba nie znamy odpowiedzi. Pan wie? – na twarzy Bengta Kylsberga rysuje się zaciekawienie. – Wiem! – To dlaczego? – Bo ja go mam! Nic dziwnego, że dyrektor przyjął to oświadczenie polskiego badacza z niedowierzaniem. Jednak jego goście rzeczywiście byli w posiadaniu kamienia, z którego zbudowano posadzkę w szwedzkim zamku! Jak to możliwe? Wydobyli go… z dna Wisły w samym centrum Warszawy. Kawałki podłogi tkwiły w rzece od czasów Potopu. Trafiły tam, gdy Szwedom, którzy zrabowali marmur w jakimś zamku, pałacu lub kościele, zatonęła część łupów. Reszta bezpiecznie przepłynęła Bałtyk i została wykorzystana do upiększenia rezydencji jednego ze skandynawskich magnatów. publuczna W szwedzkich muzeach można znaleźć wiele cennych polskich zabytków. Na ilustracji fragment chorągwi trębaczy i doboszów pałacowych Zygmunta III Wazy. Ale to nie jedyny skarb, który skrywa zamek Skokloster. Jest on znany nie tyle z podłogi, co ze słynnych zbiorów poloników (Polonicasamlingen). Obejmują one ponad dwieście pozycji. Czego tam nie ma! W zamkowej bibliotece można znaleźć pisma polityczne, znaczną ilość tekstów teologicznych, relacje z wojen prowadzonych przez Rzeczpospolitą oraz wiersze sławiące polskich królów. Ich autorami są między innymi Jan Kochanowski, Piotr Skarga, Andrzej Frycz Modrzewski i Samuel Twardowski. Zobacz również:Dlaczego husaria nie obroniła nas przed szwedzkim potopem?Zniszczymy twoje dzieciństwo. Pora sprawdzić ile prawdy jest w „Potopie” SienkiewiczaPodobno Polacy nie potrafią wykorzystywać swoich zwycięstw? Udowodnimy ci, że to kłamstwo Zbroja Zygmunta Augusta i inne militaria (Livrustkammaren) Najstarsze szwedzkie muzeum nosi nazwę Livrustkammaren, czyli „Królewska zbrojownia”. Jego zbiory zostały udostępnione zwiedzającym w 1693 roku. Znajdują się w Pałacu Królewskim w Sztokholmie. Zgromadzono tam militaria, dzieła sztuki i przedmioty codziennego użytku, należące do rodziny królewskiej od pięciu wieków. BY-SA W Livrustkammaren można zobaczyć między innymi paradne zbroje Zygmunta Augusta (po lewej) oraz Władysława IV Wazy (dziecięcą). Główne punkty programu zwiedzania zapewniły placówce eksponaty pochodzące z Polski. Największe wrażenie na zwiedzających robi zapierająca dech w piersiach przepiękna zbroja paradna Zygmunta Augusta. Została ona wykonana przez Kunza Lechnera, jednego z mistrzów norymberskich, na specjalne zamówienie polskiego króla. Ten skarb nie został jednak zrabowany w czasie Potopu. Był darem Anny Jagiellonki dla króla szwedzkiego Jana III Wazy, gdy wzajemne relacje obu państw były jeszcze przyjazne. W Livrustkammaren możemy podziwiać również inne zabytki pochodzące znad Wisły. Najciekawsze są przedmioty osobiste związane z polskimi monarchami, takie jak róg myśliwski Zygmunta III, wykonany podobno z rogu jednego z ostatnich turów żyjących w puszczach Mazowsza. Znajdują się tam też tarcze należące do Zygmunta Augusta, a także hełmy, zbroje i kolczugi używane przez Władysława IV i wiele innych. Rarytasem stałej wystawy jest hełm cara Iwana Groźnego, używany podczas jego koronacji. Jak trafił do Szwecji? Najpierw został zabrany przez Polaków w 1612 roku z Kremla, a później – już z Warszawy – zabrali go Skandynawowie. Sztandary, namiot turecki, dzieła Kopernika… Trzeba zauważyć, że o ile na przykład wspomniana zbroja Zygmunta Augusta była dobrowolnie przekazanym prezentem, o tyle większość zabytków trafiło do szwedzkich muzeów jako łupy wojenne. Na przykład zachwycająca ekspozycja Muzeum Armii w Sztokholmie, prezentująca zbiory z okresu nowożytnego, może wśród polskich zwiedzających budzić niepokój. Jej obejrzenie uświadamia bowiem, jak wielką katastrofą dla naszego kraju był Potop. ande/CC BY-SA Hełm cara Iwana Groźnego najpierw z Kremla zabrali Polacy, a kilkadziesiąt lat później padł łupem Szwedów, którzy wywieźli go znad Wisły. Wielu turystów zwraca uwagę zwłaszcza na widoczne na wystawie chorągwie. Są tu zarówno sztandary polskich miast: Lwowa, Torunia i Elbląga, jak i poszczególnych oddziałów wojskowych, a nawet… samego króla Jana Kazimierza! Zainteresowanie budzą również inne militaria: armaty, muszkiety, szable, nic jednak nie przebija tureckiego namiotu, zdobytego przez Jana III Sobieskiego pod Wiedniem w 1683 roku. Wpadł on w ręce Szwedów pod Kliszowem w 1702 roku. We szwedzkich bibliotekach i muzeach można odnaleźć także bezcenne polskie archiwalia. To tam przechowywany jest choćby Statut Łaskiego, czyli zbiór wszystkich praw Królestwa Polskiego, oraz najdawniejszy tekst Bogurodzicy i innych pieśni religijnych. W zbiorach naszych północnych sąsiadów odkryto niedawno na nowo kolędę „Jezus Bóg i człowiek w stajence betlejemskiej narodzony”. Może po ponad trzystu latach zostanie ona znowu zaśpiewana? publiczna Chorągiew króla Jana II Kazimierza Wazy, którą można zobaczyć w Armémuseum. W Szwecji można także zobaczyć dzieła z kolekcji Mikołaja Kopernika, w tym jego własne – „O obrotach sfer niebieskich”. Część z tych zbiorów zawiera osobiste dopiski słynnego astronoma. W jednej z książek znaleziono nawet dwa włosy uczonego. Wykonana dzięki nim analiza DNA pomogła później naukowcom ustalić miejsce jego pochówku. A jednak coś udało się odzyskać – rolka sztokholmska (Zamek Królewski w Warszawie) Jak to możliwe, że zrabowane dobra nie wróciły do Polski po zakończeniu wojny? Już w podpisanym w Oliwie traktacie pokojowym Polska zastrzegła sobie przecież do nich prawo. Wkrótce za morze wysłano nawet Godfryda von Schröera, którego zadaniem było odzyskanie najistotniejszych druków i rękopisów. Niestety udało mu się to tylko częściowo. Później także podejmowano próby odzyskania naszej własności. Miało to miejsce za rządów królów Jana III Sobieskiego oraz Stanisława Augusta Poniatowskiego. Niestety, bez większych rezultatów. publiczna Fragment tak zwanej rolki sztokholmskiej, która jako jeden z niewielu poloników zarabowanych przez Szwedów wróciła nad Wisłę. Coś jednak wróciło. Otóż w 1974 roku, po 319 latach, Polska odzyskała tak zwaną rolkę sztokholmską. Jej przekazanie było elementem podejmowanych przez Szwecję prób ocieplenia stosunków z Polską Rzeczpospolitą Ludową, znajdującą się po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Jest to zabytek niezwykle ważny dla naszej kultury i historii. Na papierze o szerokości 27 centymetrów i długości ponad 16 metrów przedstawiono tryumfalny wjazd królewskiego orszaku ślubnego Zygmunta III oraz Konstancji Habsburżanki. Uroczystość ta odbyła się 1605 roku w Krakowie. Rolkę można do dziś zobaczyć na Zamku Królewskim w Warszawie. Więcej o książce czytaj w serwisie „Uratowane z Potopu” Bibliografia: Marcin Jamkowski, Hubert Kowalski, Uratowane z Potopu, Agora 2018. Mariusz Markiewicz, Historia Polski 1492-1795, Wydawnictwo Literackie 2004. Dariusz Matelski, Grabież i restytucja polskich dóbr kultury od czasów nowożytnych do współczesnych, Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych 2006. Dariusz Matelski, Problemy restytucji polskich dóbr kultury od czasów nowożytnych do współczesnych, Dom Wydawniczy Harasimowicz 2003. Rzeczpospolita w latach Potopu, red. Jadwiga Muszyńska, Jacek Wijaczka, Wyższa Szkoła Pedagogiczna im. Jana Kochanowskiego w Kielcach 1996. MIEJSCE, W KTÓRYM W JEDNEJ CHWILI PRZENIESIESZ SIĘ DO GRECJI... TYLKO WE WROCŁAWIU! Od jakiegoś roku te miejsce jest moim ulubionym jeśli chodzi o greckie jedzenie i grecki klimat. Restauracja GRECO mieści się w samym sercu wrocławskiego Rynku i świetnie oddaje to co w greckim menu najlepsze. Kiedy ostatnio przyjechała do mnie przyjaciółka z Paryża, z którą spędziłam kilka miesięcy w Grecji (pracowite bogate kulinarnie wakacje) postanowiłam zabrać ją do tej Restauracji. Naprawdę tutaj naprawdę czuję się jak w Grecji.... nawet gdy za oknem taka pogoda jak dzisiaj. Wszystko za sprawą dobrego jedzenia, mojej ulubionej greckiej muzyki, a przede wszystkim oryginalnej greckiej herbaty i pysznego wina. Po tym całym czasie jaki spędziłam w Grecji poznając kulturę, miejscowe restauracyjki i knajpki. Kto był w Grecji wie o czym mówię - niepowtarzalne smaki i aromaty greckiej kuchni. Ciężko znaleźć miejsce, w którym jedzenie jest podane bardzo podobnie jak w kraju, gdzie się kuchnię poznało. Ja miałam okazję pracować w kuchni w greckiej Tavernie. Podstawia kuchni greckiej: moussaka, sałatka grecka, souvlaki.... W Restauracji GRECO napijemy się greckiej herbaty, wina, ale przede wszystkim zjemy oryginalną pitę grecką. Oryginalna grecka herbata liściasta rosnąca na zboczach gór... wyśmienita! Co składa się na oryginalną pitę grecką? : chleb pita (nikt go nie piecze w Grecji jak się dowiedziałam od rodowitych Greków - kupuje się ten chlebek), mięso, pomidory z cebulą, tzatziki oraz frytki! Często w przydrożny kebabowniach czy małych knajpkach można uraczyć pitę grecką - ale one przeważnie nie mają nic wspólnego z greckimi przysmakami. A oto prawdziwa pita grecka. Frytki już wyjedzone przepraszam! Restauracja GRECO Wrocław, Rynek 15, Urokliwe wnętrze .... Planujesz odwiedzić Wrocław?! Kochasz Grecję? Musisz tutaj zajrzeć koniecznie! Opatija to była nasza druga baza wypadowa (po Ninie) podczas czerwcowej objazdówki po Chorwacji. Rozważaliśmy Opatię i Pulę - chcieliśmy mieć dobry dojazd do kilku miejsc na Istrii oraz na wyspę Krk, a zarazem, żeby w wybranym przez nas miasteczku też było co robić. Pula ciągnęła mnie bardziej z historycznego punktu widzenia (i patrząc wstecz, chyba bym jednak wolała tam nocować ;) ), ale Opatija wygrała bazą noclegową - w Puli ciężko było znaleźć większe mieszkanie z parkingiem przy centrum w sensownej cenie. No i z Opatii bliżej było potem do granicy i do Wiednia, co też jest plusem, bo nie lubię siedzieć godzinami w samochodzie :P. Na zwiedzanie miasteczka poświęciliśmy półtora dnia, wliczając w to też spacer po długiej promenadzie i myślę, że na Opatię tyle czasu w zupełności dzisiejszej Opatii były zamieszkane od ok. 700 roku. Na przestrzeni wieków przechodziły z rąk do rąk, ale kiedy zachodnia część Istrii trafiła w ręce Wenecjan, Opatija przypadła Habsburgom. Austriacy zresztą po dziś dzień lubią te rejony, choć cesarstwo już dawno się rozpadło - na Istrii wielokrotnie byliśmy zaczepiani po niemiecku, a większość mijanych samochodów miała austriackie i niemieckie tablice. Polaków za to napotykaliśmy zdecydowanie mniej niż na południu kraju. Boom na Opatię, który przyczynił się do szybkiego rozwoju miasteczka, nastąpił w połowie XIX wieku. Na polecenie bogatego kupca z Rijeki (Igno Scarpia) zbudowano tutaj Villę Angiolina, którą wkrótce potem przejęła firma kolejowa - w willi nocował nawet sam arcyksiążę Rudolf. Potem, jak grzyby po deszczu, w Opatii wyrastały kolejne wille i hotele - w tym najstarszy chorwacki hotel Kvarner z 1884 roku. Sporo tych perełek architektury się zachowało, niektóre w słabym stanie, inne - dzięki pieniądzom wyłożonym w renowacje - wciąż zachwycają. Zarówno park Angiolina, jak i znajdującą się w jego centrum willę, można dziś zwiedzać. W środku utworzono Chorwackie Muzeum Turystyki, w którym skupiono się jednak głównie na historii samej willi oraz Opatii, nazwa muzeum jest więc trochę na wyrost ;). Mieliśmy szczęście i akurat trafiliśmy na dzień z darmowym wstępem, więc ochoczo skorzystaliśmy - zwłaszcza, że w środku było chłodniej niż na zewnątrz... Wystawy są nieduże i na obejście całości poświęci się mniej niż pół godziny - warto jednak zajrzeć, by przyjrzeć się pięknym wnętrzom (nieco mniej: też wystawom ;) ).Przez park Angiolina ciągnie się też mur z pięknymi muralami - internet podrzuca tutaj hasło Opatija Wall of Fame, czyli ściana sławy w Opatii. Przedstawione tu postacie są w jakiś sposób związane z miejscowością - albo się tu urodziły, albo odwiedziły chorwackie wybrzeże. Znajdziemy tu Einsteina, cesarza Franciszka Józefa, Roberta de Niro czy Gustava Mahlera. Uwielbiam murale, więc i tutaj nie odkładałam aparatu ani na chwilę ;). Choć na ścianie z muralami polskich twarzy nie zobaczymy, nie znaczy to, że takich w Opatii nie znajdziemy. Spacerując wzdłuż wybrzeża, natrafiliśmy na dwie polskie pamiątki. Pierwszą ufundowała Ambasada RP w Zagrzebiu wraz z Polskim Towarzystwem Kulturalnym w Rijece i poświęcona jest Józefowi Piłsudskiemu, który w Opatii swego czasu mieszkał. Kawałek dalej, koło portu, znaleźliśmy też popiersie Henryka Sienkiewicza, który Opatię odwiedzał kilkukrotnie - ostatni raz w 1905 roku, po otrzymaniu Nagrody jak już spacerowaliśmy tym wybrzeżem, to oczywiście musieliśmy i zajrzeć do położonego tuż obok kościoła - widocznego zresztą na jednym z pierwszych zdjęć tego wpisu. Kościół św. Jakuba to jeden z głównych zabytków Opatii - oryginalnie zbudowany w 1420 roku, kompletnie przebudowany na początku wieku XVI i pod koniec XVIII, a kolejne zmiany wprowadzono jeszcze w okresie międzywojennym... Więc choć sam budynek z zewnątrz wygląda na bardzo zabytkowy, jego wnętrze po tylu zmianach jest już dużo bardziej nowoczesne. Większego wrażenia nie wywiera, ale ze względu na jego wartość historyczną trzeba było tu zajrzeć ;).Tuż obok kościoła św. Jakuba znajduje się charakterystyczny budynek artystycznego pawilonu, zbudowanego na początku XX wieku. Nosi on imię Juraja Šporera - chorwackiego lekarza, który szeroko reklamował Opatię jako kurort uzdrowiskowy. Miasto o nim nie zapomniało ;). A kawałek dalej dojdziemy do najczęściej fotografowanego punktu w Opatii - zresztą sama umieściłam go na pierwszym zdjęciu tego wpisu. Rzeźba przedstawiająca dziewczynkę z mewą stała się już symbolem miasteczka. Jednak oryginalnie w tym miejscu znajdowała się figura Madonna del Mare, postawiona przez rodzinę zmarłego na morzu hrabiego Arthura Kesselstadta. Maryję jednak też pokonały sztormy, zniszczoną rzeźbę odnowiono i umieszczono w muzeum, a ja jej miejsce w 1956 roku postawiono dziewczynkę z mewą. Jak już wspomniałam, kościół św. Jakuba nie wywarł na mnie specjalnego wrażenia. Ku mojemu zaskoczeniu, całkowicie inaczej miała się sytuacja z kościołem Zwiastowania NMP, który jest przecież dużo nowszy (zbudowano go na początek ubiegłego wieku). Trzynawowa świątynia w stylu neo-romańskim przyciąga uwagę - szczególnie nieotynkowaną i niepomalowaną cegłą we wnętrzach. Budowę kościoła według projektu Karla Seidla rozpoczęli w 1906 roku Austriacy, ale że początek XX wieku do najspokojniejszych okresów nie należał, to kościół kończyli już Włosi. Choć dalej wygląda on na nieukończony - nie tylko ze względu na widoczną cegłę, ale też brak jakichkolwiek dodatkowych elementów wnętrza rzucających się w oczy. Mimo wszystko ta prostota przypadła mi do gustu jednak bardziej niż poprzednio odwiedzona świątynia :).Wróćmy jednak na wybrzeże - w końcu to wokół niego kręci się większość życia turystycznego Opatii. A idealnym miejscem spacerów jest promenada Franciszka Józefa, znana bardziej jako Lungomare. Zaczyna się w oddalonej kilka kilometrów od Opatii miejscowości Volosko, do której zresztą dotarliśmy spacerem i której klimatyczny port bardzo mi wpadł w oko. Dalej promenada biegnie przez Opatię, mijając plaże i kąpieliska, hotele i wille, aż dotrze do położonej ładny kawałek dalej miejscowości Lovran. To spacer na ok. 12 km w jedną stronę, więc my zdecydowaliśmy się na przejście tylko odcinka, no ale w dwie strony - i tak wyszło nam kilkanaście kilometrów spaceru ;)Wspomniałam przed chwilą plaże i kąpieliska - faktycznie, w Opatii i okolicach sporo jest miejsc wyznaczonych do kąpieli lub opalania. Nie oczekujmy jednak szerokich, piaszczystych plaż - to po prostu nie tutaj ;). Zastaniemy za to niewielkie kamieniste plaże albo większe, wybetonowane kąpieliska z drabinkami wchodzącymi do wody. Na większość z nich nie można wprowadzać psów i grożą za to wysokie grzywny, więc podróżujący z czworonogami muszą się specjalnie rozejrzeć za przyjaznymi psom plażami (na szczęście takie też mijaliśmy, idąc promenadą). Bardzo mi się też spodobała infrastruktura, nawet na takich małych pobocznych kąpieliskach. Postawione przy plaży przebieralnie, często też w pobliżu były darmowe łazienki i prysznice - czyste i to po prostu kurort turystyczny - z ciekawymi zabytkami (te XIX-wieczne wille naprawdę mają swój klimat), pięknym wybrzeżem, a także mnóstwem hoteli i odpowiednio wyższymi cenami ;). Choć i tak - dzięki pandemii - udało nam się wynająć duże mieszkanie w bardzo dobrej cenie jak na chorwackie warunki. Przy okazji polecam jeszcze pizzerię Roko, jeśli szukacie dobrego jedzenia w przystępnej cenie niedaleko centrum - daleko do Włoch stąd nie ma, to i włoska kuchnia jest na poziomie... ;)

kawałek grecji w szwecji