oszczędzać kogoś. oszczędzić. oszkalować. oszklić. oszlifować. oszołom. Sprawdź tutaj tłumaczenei polski-angielski słowa oszczędzać kogoś w słowniku online PONS! Gratis trener słownictwa, tabele odmian czasowników, wymowa.
W nikogo nie wierzę tak jak w Ciebie - Artur Rojek zobacz tekst, tłumaczenie piosenki, obejrzyj teledysk. Na odsłonie znajdują się słowa utworu - W nikogo nie wierzę tak jak w Ciebie.
bo ja nie umiem kochać już bo ja nie umiem płakać już już nie dotykaj więcej mnie już jest mi wszystko jedno widocznie tak musiało być dziś dla mnie już nie znaczysz nic nie wejdziesz przez zamknięte drzwi przede mną wielka ciemność idę gdzieś, idę przed siebie idą ludzie tacy sami spokój – nie patrz tak na mnie
38,99 PLN 27,29 PLN. Wyczyść. Dodaj do koszyka. Wydaje się, że jest to niepokój wielu ludzi, którzy regularnie przystępują do sakramentów, starają się nie zaniedbywać modlitwy, a przykazania Boże to ich podstawowy życiowy drogowskaz. Otóż właśnie tacy ludzie nieraz stawiają sobie pytania: Czy ja w ogóle kocham Boga?
Jedno Życie, Jedna Miłośc - Tekściory.pl – sprawdź tekst, tłumaczenie twojej ulubionej piosenki, obejrzyj teledysk.
lirik maula ya sholli wasallim daiman abada nurul musthofa. Byli ze sobą na tyle długo, że pamiętali nie tylko swoje pierwsze, ale i drugie imiona, znali tak dobrze, że wiedzieli już po mowie ciała, kiedy które z nich kłamie, i kochali tak bardzo, że akceptowali swoje najbardziej ześwirowane dziwactwa. Na przykład to, że ona nie była w stanie zasnąć, jeśli nie umyła wszystkich blatów i nie poodkurzała przed spaniem i to, że on zawsze prosił o frytki na osobnym talerzu w IKEI, żeby przypadkiem nie zalały się sosem z klopsików. Choć w sumie to nic, prawdziwym wyznacznikiem ich poziomu zakochania, był fakt, że gdy żartowali na temat tego, że będą mieli razem dziecko, żadne z nich nie dostawało ciarek przerażenia na całym ciele i nie zaczynało instynktownie biec w ciemności w bliżej nieokreślonym kierunku, byle tylko uciec od tej wizji. Oboje pracowali, jak przystało na dorosłych, poważnych i odpowiedzialnych ludzi, 5 dni w tygodniu, po przynajmniej 8 godzin dziennie, tocząc heroiczną walkę ze wszystkimi wyzwaniami, za które im płacili. Które nie raz wyczerpywały ich jak utrzymanie porządku w kawalerce, więc gdy już czuli, że ich baterie padają i potrzeba regeneracji, a przynajmniej przerwy, on wpadł na pomysł. „Genialny w swej prostocie”, jakby to zaskreczował DJ Adamus w programie Jakuba Wojewódzkiego. Pomysł ten brzmiał: jedźmy na weekend w góry! Przyznacie, że genialne, prawda? Ona, nie mając za bardzo wyjścia, również przytaknęła i z radością zaczęła przeglądać z nim hotele, żeby znaleźć ten jeden jedyny najjedyńszy, w którym poczują się jak królowie, jak Książę William i Księżna Kate. Tyle, że bez tłumu gapiów przed wejściem i dzikich paparazzi na drzewach. I znaleźli! Dziewięciopunktowy w skali Bookingu, czterogwiazdkowy w skali astronomicznej i zajebisty w skali ich własnej. Zarezerwowali, namalowali w swoich głowach pejzaż górskiej sielanki, z dala od miejskiego zgiełku i sąsiadów na przemian katujących ich audycjami Radia Maryja i rozklepywaniem mięsa na schabowe, i wyczekiwali dnia, gdy białe górskie pasmo rozciągnie przed nimi niezmącony spokój. W końcu ten moment nastał, spakowali do walizek wygodne ciuchy na lenienie i wycięte na zbliżenie, wsiedli do auta i śpiewając wodny przebój Lykke Li, ruszyli w stronę górskich źródeł! Po dotarciu na miejsce, odebrali karty do swojego pokoju, wjechali na 3 piętro, szybkim ruchem ściągnęli kurtki i buty, i wskoczyli na łóżko, ze zwinnością urwisów, które w dzieciństwie zarwały niejeden stelaż, rozkoszując się odprężającym widokiem białych szczytów za oknem. Było dokładnie tak jak sobie zaplanowali: spokój, przyroda i tylko ich dwoje. Do momentu, aż nie usłyszeli przeraźliwego ryku, rozdzierającego ciszę jak Rejtan szaty. Autorem tego szlachtującego membrany popisu wokalnego nie był ani niedźwiedź napadający na turystów, ani turyści uciekający przed niedźwiedziem, ani nawet jeleń grzebiący z nudów w ziemi. Tak przeraźliwy i niemożliwy do pohamowania dźwięk, mogło wydać z siebie tylko jedno zwierzę: dziecko! Beczące dziecko w pokoju nad nimi sadystycznie zabiło atmosferę intymności, sprzyjającą zdobyciu innych szczytów niż górskie, ale nie poddawali się. Przed wyjazdem zaplanowali, że odpoczną i mieli zamiar dopiąć swego, nawet, gdyby mieli się od tego zmęczyć. Postanowili skorzystać z innych niż łóżko atrakcji hotelowych, przebrali się w mięciutkie szlafroki i zjechali windą na basen. Na basen, na którym aż roiło się od dzieci, jak od piranii w Amazonce. Skakały z brzegów, biły się piankami, rzucały piłką i pływały w kółkach. Wszędzie! Rycząc wniebogłosy w trakcie wykonywania każdej z tych czynności. I będąc w bezruchu zresztą też. Widok tego oczka wodnego w pełni opanowanego przez mikrusy między drugim, a jedenastym rokiem życia, nieprzestrzegające żadnych zasad BHP, nie mówiąc już o zwykłym pożyciu międzyludzkim, wyglądał jak plan zdjęciowy nowego horroru Hitchcocka. W momencie, gdy jeden 5-latek myśląc, że Jego noga jest dziecioprzepuszczalna, rozpędzony odbił się od niej lądując na płytkach z charakterystyczną pieśnią na ustach, którą fonetycznie można zapisać jako „łeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee”, a drugi, zapominając, że nie jest na wuefie w szkole i nie gra w zbijanego, trafił Ją mokrą piłką w głowę, Oboje stwierdzili, że przegrali tę walkę i czas na kapitulację. Nie odpuszczali jednak wojny, wciąż wierząc, że są w stanie wygrać ten spór o odpoczynek. Było jednak zbyt późno na wycieczkę po którymś ze szlaków, a też nie po to przyjechali na łono natury, by chodzić po knajpach, więc zdecydowali się na ostatnią dostępną opcję – partyjkę bilardu. Wszak była to gra tylko dla dorosłych, ze względu na jej niebezpieczeństwo związane ze śmiercionośnymi bilami napędzanymi przez cyklopogenne kije. I fakt, że żeby dosięgnąć do stołu, trzeba mieć te metr sześćdziesiąt. Wjechali więc na poziom z kawiarnią, którą otaczał taras widokowy i gdy tylko drzwi od windy się rozsunęły, ich oczom ukazał się batalistyczny krajobraz rodem z „300”. Chłopiec w bluzie z Kaczorem Donaldem wspinał się na stół z uzami, trzymając pod pachą kij, którym ciągle coś strącał, natomiast dziewczynka z niebieską kokardą we włosach ciągnęła go za nogę, próbując sprowadzić na ziemię. Wiedzieli, że lada moment dojdzie do rozlewu krwi, więc żeby nie być tego, świadkami wcisnęli guzik z cyfrą „3” na tablicy w windzie i wrócili do pokoju. – Jutro też jest dzień – rzucił z troską On do Niej, gdy przymierzała się do wzięcia rozpędu i uderzenia głową w ścianę, po czym poszli spać, licząc, że jutro faktycznie będzie lepiej. Noc upłynęła spokojnie, blask księżyca wpadał im przez okno oświetlając stolik z niedopitym winem musującym, jednak poranek przyszedł wcześniej niż się spodziewali. O 6:30 w pokoju nad nimi włączyła się ta sama syrena alarmowa, która roztrzaskała w drobny mak atmosferę zbliżenia dzień wcześniej. Półprzytomni, wątpiąc, że ktoś na małoletnim tenorze wciśnie przycisk pauzy, zwlekli się z łóżka i oddali się rytuałowi porannej toalety, przy akompaniamencie tupotu małych stóp dobiegającym z korytarza. Czyści i pachnący, z resztkami nadziei na romantyczny weekend, zjechali na poziom -1, do sali jadalnej na śniadanie, licząc, że ponakładają sobie naleśniki ze świeżymi owocami i miodem, na które w ciągu tygodnia nigdy nie mają czasu, i tym razem nie zastali bitwy Spartan pod Termopilami. Nie. To co wyświetliło im się na siatkówkach oczu było prawdziwą bitwą o Śródziemie z „Władcy Pierścieni”. Oddziały szkrabów, jak rozjuszone byki, atakowały wszystko co było w zasięgu ich głów, siejąc popłoch wśród cywili, szturmowcy, sięgający głowami ponad blaty z jedzeniem, przejmowali teren dekorując rozpaćkanymi pomidorami i Nutellą otoczenia wokół siebie, a cała ta batalia odbywała się przy gorliwym dopingu nowo narodzonych. On i Ona wzięli w dłoń po bułce i oscypku i ewakuowali się z powrotem do windy, najszybciej jak tylko było to możliwe. Gdy w końcu nastała niedziela, dzień wyjazdu i powrotu do normalności, pakując swoje walizki do samochodu płakali ze szczęścia, ciesząc się, że już nikt nie obudzi ich niekontrolowanym płaczem w środku nocy i przyrzekli sobie jedno: koniec z seksem. Przynajmniej dopóki nie przejdzie trauma. autorem zdjęcia w nagłówku jest Team Dalog
Utworzono: środa, 3 listopada 2021 Empatia to zdolność odczuwania stanów psychicznych innych osób, umiejętność przyjęcia ich sposobu myślenia, spojrzenia z ich perspektywy na rzeczywistość. Zdolność empatii okazuje się przydatna w wielu życiowych sytuacjach. Pomaga w relacjach międzyludzkich, ułatwia budowanie więzi przyjacielskich, małżeńskich i rodzicielskich oraz zawodowych. Projekt Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi ma na celu uświadomić ludziom znaczenie empatii w codziennym życiu, w najprostszych rzeczach. Wierzymy, że warto zacząć od podstaw, żeby potem zmieniać świat na lepsze. Na projekt składa się szereg różnorodnych działań: warsztaty, wykłady, spotkania z inspirującymi ludźmi, rozmowy, oraz kampania w tramwajach i przestrzeni miasta.
Do przeczytania w ok. 2 z najdziwniejszych i najbardziej tajemniczych historii związanych z kryzysem migracyjnym na granicy polsko-białoruskiej znalazła swój tragiczny finał. Emil Czeczko - żołnierz, który zdradził Wojsko Polskie i stał się gwiazdą reżimowych mediów białoruskich został znaleziony martwy w swoim mieszkaniu w Mińsku. Według wstępnych ustaleń, przyczyną śmierci było powieszenie. Oficjalny komunikat białoruskich organów ścigania podaje, że rozważane są wszystkie możliwe wersje wydarzeń, włącznie z gwałtownym charakterem śmierci. Na miejsce zdarzenia natychmiast przyjechała ekipa dochodzeniowa. Obecnie prowadzone są oględziny, rejestrowane są ślady, a przedmioty ważne dla śledztwa są zabezpieczane - podają służby białoruskie Na razie nie wiadomo skąd tamtejsze organy ścigania wiedziały o śmierci Czeczki, ani skąd teza o jej gwałtownym przebiegu. Można jednak spodziewać się, że w najbliższym czasie uzyskamy wiele bardzo rzetelnych informacji ze strony Białorusinów. Emil Czeczko był szeregowym w 11. Mazurskim Pułku Artylerii w Węgorzewie. Jako żołnierz Wojska Polskiego zdezerterował pod koniec ubiegłego roku w czasie trwania kryzysu migracyjnego na granicy schronienie na Białorusi, gdzie natychmiast zaczęto go wykorzystywać jako marionetkę reżimu Aleksandra Łukaszenki. Były polski żołnierz opowiadał w białoruskich mediach kuriozalne historie o masowych ludobójstwach, które miały mieć miejsce na granicy. Sam przyznawał, że wykonując rozkazy zabijał 20 osób dziennie, a był świadkiem, gdy polskie wojsko rozstrzelało w lesie 240 migrantów i wrzuciło ich ciała do zbiorowej mogiły. Za dezerterem wyznaczono list gończy. Nie tylko w związku z ucieczką ze służby, ale także ponieważ postawiono mu zarzuty pobicia swojej matki. Przypomnijmy, że jest to człowiek, który zdradził swój kraj, zbiegł na stronę białoruską. W tej chwili wie, że nie ma powrotu do Polski, bowiem czeka go tu długoletnie więzienie nie tylko za dezercję, ale też za wcześniejsze przestępstwa popełnione w Polsce - komentował wówczas Stanisław Żaryn, rzecznik prasowy ministra koordynatora służb specjalnych Od jakiegoś czasu o polskim dezerterze było cicho. Teraz historia Emila Czeczki będzie mieć swój ciąg dalszy, ale już bez jego udziału.
Temat 1: ,,Kochać wszystkich, nikogo nie oszczędzać”!Temat 2: „Boże, chroń nas przed tymi, co chcą dla nas dobrze, bo przed tymi, co chcą źle, obronimy się sami”. Drewniane podłoże trzeszczało w rytmie kulejących kroków. Lekki wiatr wzbijał w powietrze drobiny pyłu, wirujące w ostatnich promieniach słońca. Mógł bez problemu spojrzeć w niebo – pozostałości dachu zapadły się do środka. Chmury płynące powoli nad jego głową nabrały już sinego odcienia. Myślał, że lepiej przyjść tu, kiedy wszystko będzie jeszcze skąpane w dziennym świetle. Ogarnąć dobrze wzrokiem. Za dnia przemierzać powoli cudzy teren tylko po to, by w końcu odwiedzić samotną, częściowo spaloną ruderę. Ludzie gadali o nim, że jest niespełna rozumu. Wiedział tylko, że po zachodzie słońca staje się innym człowiekiem. Wędrował przez kolejne pomieszczenia, oglądając pozbawione szyb okna, gdzieniegdzie z resztkami firan. Odpadające strzępy tapet z osmalonych ogniem ścian. Szczątki mebli – te, które ocalały z pożaru i miały jakąś wartość, już dawno rozkradziono. To, że dom w ogóle jeszcze stał, zawdzięczał głównie temu, że w promieniu kilku kilometrów rozciągały się jedynie lasy i wzgórza. Wszechobecna woń rozkładu nie zdołała jednak w pełni przykryć tego, co było dawniej. Ciągle miał to przed oczami, całym sobą czuł jego duszę. To był kiedyś piękny dom. Piękny i wyglądem, i ludźmi, którzy w nim mieszkali. Nic dziwnego, kiedy motto tej rodziny brzmiało: ,,Kochać wszystkich, nikogo nie oszczędzać”. Zapewne tym się kierowali, przyjmując go pod swój dach, gdy samotność pod własnym stała się nie do zniesienia. W zamian przyjmował ich zasady, ucząc się podobnie patrzeć na świat. Nieraz zastanawiał się, czemu ludzie tacy jak oni zdecydowali się żyć na uboczu, z jakiej przyczyny tak rzadko ktoś ich odwiedza, a jeśli już, są to krótkie wizyty, w czasie których rozmawia się przyciszonymi głosami, cedząc słowa lub wymieniając przestrogi. Czemu pan domu często wyjeżdża, żeby wrócić po kilku dniach i w ponurym nastroju zamknąć się na długie godziny w gabinecie. Zawsze jednak w końcu wychodził, by przy posiłkach i zabawach z dziećmi opowiadać z błyskiem w oku o swych wielkich planach. Przysłuchując się jego przemowom z boku, niewiele z tego rozumiał. Dlaczego jednak miałoby to interesować kogoś, kto sam nie najlepiej radził sobie z ludźmi? Pewnego razu, po kolejnej dziwnej wizycie, pan domu wyjechał rozradowany. Pojawiła się szansa, nareszcie chcą go wysłuchać. I wkrótce po jego odjeździe w domu zjawili się oni. Pozornie wszystko było w porządku; był wśród nich jej brat, poznawała go. Rodzeństwo powitało się serdecznie. A jednak coś w tych ludziach, którzy z nim przybyli, ,,partnerach w interesach”, kazało nie rzucać się w oczy i obserwować, trzymając broń w pogotowiu. Na szczęście taki człowiek jak on nawet w normalnych okolicznościach nie zwracał niczyjej uwagi. Pod wieczór wszystko stało się jasne. Krewny usilnie nakłaniał ją, by zabrała dzieci i uciekła z nimi. Tłumaczył, że to dla jej dobra, że próbuje ją chronić przed mężem-wariatem, który swoją działalnością stwarza zagrożenie dla otoczenia. Opierała się, jemu wymknęło się kilka słów za dużo. Pozory szlag trafił, zaczęła się szarpać, ,,partnerom w interesach” skończyła się cierpliwość. Po chwili jej brat drgał w kałuży krwi, a ,,wspólnicy" zabrali się do sprawy po swojemu. On i jego odwieczny towarzysz także; ale co przeciw kilku uzbrojonym może poradzić mężczyzna z jednym pistoletem i stary pies? Wszystko rozstrzygnęło kilka strzałów i jedna eksplozja bólu. * * * Chciał powiedzieć, że pojedzie z nim, ale odkąd opowiedział mu, co się stało, żadne słowa nie chciały już przejść przez gardło. Jak mógł wychodzić z taką propozycją ktoś, kto nawet nie potrafił obronić jego rodziny w ich własnym domu i jeszcze ośmielił się to przeżyć? Po prostu nie był tego godny. A fakt, że odtąd utykał, czynił z niego tylko zbędny ciężar. Pan domu zauważył to. Przed odjazdem położył mu rękę na ramieniu. – Antoni – powiedział. – To sprawa między nimi, a mną. Przykro mi, że zostałeś w nią uwikłany. Kochasz ten dom, prawda? Pokiwał głową, bo nadal nie potrafił się odezwać. Coś w tych oczach paraliżowało, choć nie było skierowane do niego. Z całej postaci tylko głos pozostał taki, jak dawniej. Choć i on jakiś powolny, wyważony, jakby balansował na krawędzi. – Tylko dlatego będę miał do czego wracać, że zostanie tu osoba, która to miejsce kocha i o nie zadba. Dosiadł konia i siedział tak przez chwilę, wpatrując się w dal. – ,,Kochać wszystkich, nikogo nie oszczędzać” – powiedział jeszcze głucho, nim spiął wierzchowca i zniknął za wzgórzem. Zawsze miał go prześladować wyraz twarzy jeźdźca w czasie wypowiadania tych słów. Nagle nabrały zupełnie nowego znaczenia. Po latach zrozumiał także, że tak nie wygląda twarz człowieka, który wraca. Wędrował wiele kilometrów po okolicy, nie zważając na pogodę i rwanie w nodze. Parę razy spotykał ludzi, którzy uciekali z przerażeniem na jego widok. Pewnej pochmurnej nocy, gdy wręcz desperacko krążył pomiędzy wzgórzami, zrozumiał wreszcie, że robi to, bo nie może dłużej wytrzymać w domu, w którym wszystko przypomina mu tamte, wciąż niejasne wydarzenia. Noce były najgorsze. Rozrywało go szaleńcze pragnienie działania, przytłaczały samotność i poczucie bezradności. Coraz natrętniej powracało pytanie, kto właściwie był wariatem. I kto teraz nim jest. Gdzieś, niestety nie w niego, uderzył piorun. Tknięty straszliwym przeczuciem zawrócił. Drogę wskazywała coraz wyraźniejsza łuna. Za późno dotarł na miejsce, niemal ciągnąc za sobą odmawiającą posłuszeństwa kończynę. Ogień zdołała ugasić dopiero ulewa. Zdradził ten dom po raz drugi. Uciekł. A dziś, wracając tu znowu, miał wrażenie, że czyni to po raz trzeci. Na progu ostatniego pomieszczenia zatrzymał się raptownie; wyczuł to, jeszcze zanim zobaczył. Wszystko wskazywało na to, że obozowała tu jakaś banda – deski z podłogi zostały pozrywane i razem z pokrywającymi wszystko odłamkami dachu zapewne skończyły jako paliwo do ogniska, po którym pozostał krąg popiołu w centrum ogołoconego terenu. Dookoła walały się śmieci, w tym odłamki porozbijanych butelek. Wzrok przyciągnęło jednak coś znacznie gorszego. Na ścianie wycięte były koślawe litery. Nie czytał ich nawet; ze złości wszystko drgało mu przed oczami. Podszedł i przesunął po znakach palcami, mając wrażenie, że wycinają mu się w ciele. Wyryte zbyt głęboko, żeby zetrzeć ot tak. Trzeba by było tę ścianę po prostu zniszczyć. Wyprostował się gwałtownie. Dopiero teraz w pełni to do niego dotarło. ,,Kochać wszystkich, nikogo nie oszczędzać”. Kochał to miejsce. Tak jak nic i – już nikogo innego na świecie. Nie pozwoli, aby ktokolwiek jeszcze je sprofanował. Ochroni przed bolesnym, powolnym rozkładem, jedynym sposobem, jaki mu pozostał. Słońce już zniknęło za horyzontem, niebo w przerwie między chmurami a ziemią straciło ostatnie ciepłe barwy. Drzewa i wzgórza zlewały się w jednolitą, czerniejącą masę. Czuł, jak mrok z wolna pochłania i jego. Tak. Przyjaciel czekał za wzniesieniem, pilnując ich koni, tak, jak go prosił. Inny pewnie nie umiałby powściągnąć ciekawości, ale oni znali się na tyle, by rozumieć, że ciekawość to w ich przypadkach pierwszy stopień do piekła. – Nareszcie. Już myślałem, że… – Urwał, gdy dostrzegł łunę pożaru. – Co ty… – Posłał mu przerażone spojrzenie. Odpowiedź raczej go nie uspokoiła. Oczy pozostały zimne, ale usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, ukazując zęby. Przyjaciel odwrócił wzrok i, kiedy ruszyli, nie odrywał już oczu od drogi przed sobą. Cokolwiek teraz myślał, musiał mu zaufać; szczątki nie będą płonęły długo, łuna zgaśnie, a bez jego znajomości terenu nie odnajdą drogi w ciemnościach. On z kolei był o kompana spokojny; nic nie powie. Bo i o czym? O spaleniu starej rudery, która tylko dla jednej, nieistotnej osoby cokolwiek jeszcze znaczyła? O tym, że jednak jest niespełna rozumu? Nawet jeśli, to nie było ważne. Liczyło się to, co zabrał ze sobą – obraz miejsca, które będzie od teraz istniało tylko w nim, w jedynym bezpiecznym ukryciu. Już nic mu nie zagrozi, nikt więcej go nie zbezcześci. – Moje… Jest tylko moje. I właśnie dlatego się uśmiechał.
Tekst piosenki: Ave Częstochowa! Peace and Love ludzie! Piekło zamarzło Kochać wszystkich Nikogo nie oszczędzać To potrzebne jest na świecie Żeby wszystkim lepiej nam się żyło Miłość, jedna miłość! I w tej ważnej chwili uniesienia Wszystkim lat jakby ubyło Miłość, jedna miłość! Otwórz serce dla człowieka A twą zazdrość w sobie wyłącz Mówię: Miłość, jedna miłość! Ona nigdy nie ucieka Wiec nie pozwól by ją się zdradziło Miłość, jedna miłość! Mówię to: Proszę was Ludzie, Słuchajcie mnie Robię to cały czas Niech już każdy wie Idę tam, prosto tak Ciągle ten sam cel Bo bronią jedna miłość jest Serce nie podda się /2x Odrzuć negatywne myśli I rusz z pozytywną siłą Miłość, jedna miłość! Niech marzenie ci się przyśni A na jawie zawsze się spełniło Miłość, jedna miłość! Zadbaj żeby to co kochasz Nigdy cię nie opuściło Mówię: Miłość, jedna miłość! Niech pokona całe zło w nas I już więcej nie raniła nas ta Miłość, jedna miłość! Mówię to: Proszę was Ludzie, Słuchajcie mnie Robię to cały czas Niech już każdy wie Idę tam, prosto tak Ciągle ten sam cel Bo bronią jedna miłość jest Serce nie podda się Dodaj interpretację do tego tekstu » Historia edycji tekstu
kochać wszystkich nikogo nie oszczędzać